Mongolia i Rosja

Rosja, Ałtaj, Menżerok.

Przygodę z Rosją i Ałtajem zacząłem w 2017 roku. Bodajże pod koniec maja wybrałem się z podrozemotocyklowe.com na „zorganizowaną” wycieczkę objazdową trasą w koło granicy Rosyjsko – Mongolskiej. Podróż tam zajęła mojemu motorkowi na lawecie jakieś 2 tygodnie. Tak więc on wyruszył w połowie maja a ja doleciałem do niego pod koniec maja poprzez Berlin, Moskwę i Gornoałtajsk. Koniec maja to już dość dobry termin na odwiedzenie Syberii. Wiosna zaczyna tutaj się później bo zima puszcza wolniej. Przygotowując się do wyprawy zastanawiałem się jaką pogodę przyjdzie mi tutaj znosić. Rosja w tej części oraz Mongolia dość różnią się temperaturowo.

Miasteczko do którego przyjechaliśmy gdzie już były nasze motorki nazywało się Menżerok / Манжерок. Miasteczko to jednak zbyt dużo powiedziane. Jest to wieś na trakcie czujskim. Typowa wieś syberyjska, poczta, magazyn, sklep z piwem, bankomat i mnóstwo chat drewnianych. Drewna jest tam pod dostatkiem tak więc i architektura jest właściwie opanowana przez ten budulec.

Trasa Menżerok – Tashanta (przejście graniczne Rosja/Mongolia).

Trasę z Menżerok do przejścia granicznego zrobiliśmy w dwa dni jadać bardzo luźnym tempem przez w sumie 491 km. Dało by się to zrobić w jeden dzień gdyż i pogoda i droga federalna była bardzo dobra i obfitowała w piękne widoki. Ale po cóż pędzić skoro w koło tyle piękności którą trzeba się napawać. Jeśli chodzi o przyrodę to diametralnie zaczęła się zmieniać od zieleni lasów aż do żółci wypalonego stepu przy granicy.

Trasa Menżerok – Tashanta.

Pierwszy dzień spędziliśmy na podróży z Menżerok do Baza otdykha „Zlatogorye” (321 km). Trasa jak wspomniałem piękna, słoneczna, asfalt trzymał się gumy. Nie bardzo chciało się spieszyć bo i tak nie było po co. Dwa dni to za nadto by dojechać do granicy która była oddalona o 490 km od punktu startu.

Nasz pierwszy nocleg obraliśmy jak zwykle tak po prostu po drodze w okolicach godziny 17 stej. Akurat w tej godzinie była nam po drodze baza otdykha „Zlatogorye”; to bardzo dobrze przygotowany plac kempingowy z sauną (bania) paroma domkami pod wynajem ( w dobrej kondycji), strumykiem i paroma miejscami pod ognisko. Widać, że temat mocno zadbany i świeży. Zdecydowanie to nie spuścizna czasów CCCP.

Tak uroczy zakątek niestety okazał się zdradliwy. Noce o tej porze roku w terenie górzystym niestety na Syberii nie należą do ciepłych. Temperatura nocą spadła poniżej zera na co część z nas nie była przygotowana mając tylko letnie śpiwory przygotowane na Mongolię. Ja też mimo dwóch warstw odzieży termicznej i śpiwora letniego około 4 nad ranem zacząłem szczękać zębami. Wiadomo, zimno nie pozwala zasnąć więc już od 5 starałem się rozgrzać jakkolwiek wychodząc i starając się pobiegać. Moja desperacja jeszcze nie doszła do tego poziomy aby się komuś z kolegów władować do śpiwora. Okazało się że nie byłem sam. Jeden z kolegów też miał ten problem i wstał za poszukiwaniem ciepła. Na szczęście okazało się że w domu z banią było mocno nagrzana atmosfera i tam się schroniliśmy zasypiając na drewnianych ławach. Gdy wyszło słońce zrobiło się od razu cieplej. Tak to mnie powitała noc w Ałtaju.

Drugi dzień w trasie zaczął się mroźnie ale reszta dnia była już słoneczna. Trasa stawała się coraz bardziej jałowa. Okolice skaliste już bez drzew i krzaków. Kolory bardziej żółte i otoczenie suche.

Pierwszy przystanek zaplanowany był po drodze w marsjańskiej dolinie. To górotwór który swym wyglądem przypomina góry na Marsie z powodu dużej zawartości czerwonej gliny nadającej mu charakterystyczny wygląd.

Marsjańska dolina.

Po marsjańskiej dolinie tuż przy drodze umieszczony był cmentarz (50°05’05.8″N 88°24’34.0″E). Cmentarz dość osobliwy gdyż autochtonów. Zapomniałem nadmienić, że skośne rysy twarzy były już w okolicy dość powszednie. Nie spotykaliśmy białej karnacji a żółtą.

Na nocleg zatrzymaliśmy się niedaleko marsjańskiej doliny, gdyż w Campingu Yurt Tydtuyaryk. Miejsce noclegowe składało się z paru jurt w dolince przez któą przepływał strumień. Aby do niego się dostać należało skręcić w prawo i odjechać od głównej trasy parę km. Tym razem noc mnie już nie zaskoczyła, każda jurta posiadała blaszany piecyk który rozgrzaliśmy przed zaśnięciem na tyle aby się nie spalić . Mimo to rano było nie najcieplej. Wszystko się zmieniło gdy do naszej doliny dotarło słońce. To w tym miejscu spotkałem się po raz pierwszy z zupą tradycyjną mongolską. Jeszcze mi podchodziła. To było jakby połączenie kleiki, płatków mlecznych oraz mięsa baraniego. W smaku słodkie tyle że z mlekiem i mięsem. Niestety nie jest to coś co mogę polecić. Warte spróbowania, syte lecz na drugi raz niesmaczne.

Granica

Trzeciego dnia nazajutrz dotarliśmy na granicę w Taszancie. Granica to dumnie brzmi. Jest ona chyba czynna w godzinach 8-16. Staraliśmy się być w miarę wcześnie aby zająć miejsce odpowiednie w kolejce. Czekaliśmy około 6 godzin aż nadeszła nasza kolej na odprawę. W takim momencie i miejscu można sobie uświadomić jak dobrze że w EU nie ma granic i jak może wyglądać granica gdzie na pustkowiu są dwie słąwojki, brak miejsca do schronienia przed słońcem. Odprawa po stronierosyjskiej zajęła naszej grupie z godzinę. Była bodajże godzina 17 gdy wyjechaliśmy z zabudowań Rosyjskiej placówki granicznej w kierunku pasa niczyjego.

Po przejechaniu placówki Rosyjskiej spodziewałem się zaraz posterunku mongolskiego. Zwykle tak bywa na granicach. Nie tutaj jednak. Pas niczyjej ziemi między posterunkami zajmuje 20 km. TEraz z perspektywy czasu widzę że to nie był pas niczyi ale 20 km pas ziemi Rosyjskiej na który nikt ni miał wstępu poza pogranicznikami. Tak to Rosja chroni swoich obywateli od plag idących z innych krajów. Pas niczyi ale piękny. Przyroda dała wstęp tutaj już jaka będzie nasza dalsza trasa. Jałowa, surowa i piękna.

Mongolski punkt graniczny był znaczni bardziej okazały niż rosyjski. Na wstępnie przywitała nas brama z wstępną odprawą graniczną oraz dezynfekcją opon. Za dezynfekcje trzeba było zapłacić, a dokładniej to płaciło się za stempelek, że dezynfekcja opon się odbyła, mimo że nic psikane nie było. Potem szło się do stróżówki przy bramie gdzie była weryfikacja paszportów i wiz. I w tym momencie ukazała się naszym oczom kultura Mongołów zgoła diametralnie inna niż nasza. Nikt nie mówił po angielsku, trochę po rosyjsku a w większości na migi. Ale nie o takiej kulturze miałem pisać. W trakcie sprawdzania naszych paszportów i wiz co raz dochodzili nowy petenci którzy wciskali się głowami pomiędzy nas aby dobić się do stróżówki. Okazuje się, że tak tam jest. Na porządku dziennym jest wciskanie się, to nie jest oznaka złego wychowania a zaradności. My jako europejczycy byliśmy zakłopotani i tak dwoje mongołów się przepchało poza kolejką. Następnych już nie wpuściliśmy robiąc półkole w koło stanowiska sprawdzającego paszporty. Po stróżówce otworzyła się brama i wjechaliśmy do właściwych zabudowań granicznych. Tutaj natomiast latało się od okienka do okienka bez wiedzy kto co gdzie ma załatwić. Panie w okienkach siedziały na fejsbukach i nawet nie patrzyły na petentów z europy. Było ciężko, u nas za takie zachowanie się wylatuje tam to normalne. Zaczynałem w pewnej chwili myśleć że po prostu się krępowały bo nie rozumiały zupełnie nic poza mongolskim. Na pytania i zagadywania nawet nie podnosiły wzroku znad telefonu z ich fejsbukowymi rozmówkami. Dziwne to i zaskakujące zderzenie z kulturą. No cóż po odprawie przyszła kolej na bank i wymianę $$$ na lokalną walutę, nazwaliśmy ją mongołami. W banku też osobliwość. Nie akceptowali dolarów wydanych przed jakimś tam rokiem uważając je za bardzo łatwe do podrobienia czytaj – masz fałszywki i ich nie bierzemy. No cóż, każdy co miał nowego dolarowatego to wymienił i wewnętrznie się rozliczyliśmy starymi dolarami. Było już koło 18-19 gdy wyszliśmy na mongolską ziemie po odprawach. Długi dzień, trzeba było szukać prowiantu i jakiegoś miejsca do spania.

Zaopatrzenie w jedzenie i napoje nie tylko wyskokowe można było zrobić tuż za punktem granicznym. W okolicy dosłownie przylegającej do bramy wyjazdowej z przejścia postawiono osiedle chat drewnianych wątłej aparycji częściowo rozlatujących się w których mieściło się sklep, ubezpieczalnia komunikacyjna, lokalna knajpa. Ceny oczywiści śmieszne w porównaniu z Polskimi więc można było zacząć się jeszcze bardziej czuć bogato niż w Rosji. Naszą gromadkę zaparkowanych motorków obległy dzieciaki z wyciągniętymi dłońmi po … w sumie to po wszystko.

Po zakończonej aprowizacji zaczęliśmy odczuwać już powoli radość i zmęczenie. Radość z przekroczenia granicy i szybkiego rozłożenia namiotów a zmęczenie z całego dnia formalizmów przekraczania granicy mongolsko rosyjskiej.

Na nocleg wybraliśmy pierwszą dolinę (49°35’21.9″N 89°29’34.4″E) przesłoniętą wzgórzem osłaniającym nas przed wzrokiem miejscowych i wiatrem. Słońce zachodziło i zaczęło się robić coraz chłodniej.

Mongolia.

Ranek po pierwszej nocy w Mongolii był rześki ale nie mroźny. Możliwe, że z powodu słońca, które dość szybko zaczęło lizać nasze namioty nagrzewając je znacznie w parę chwil. Pagórki były na tyle niskie, że nie przesłaniały promieniom słońca możliwości ocieplenia naszej pobudki. Nocy nie pamiętam zbytnio, poza śpiewami i blaskiem ogniska…na pewno słychać nas było dość daleko.

Pierwszy poranek w Mongolii. Chłodno ale nie mroźno.

Po pobudce przyszedł czas na zagotowanie wody złożenie i spakowanie namiotów poranną toaletę i śniadanie. Wszystko w mniej więcej godzinę dwie. Zależy kto o której poszedł spać i o której wstał. Do naszego małego obozu przyjechał radziecki gaz dowożąc nową sprawną maszynę produkcji chińskiej dla jednego z naszej grupy któremu motocykl marki KTM odmówił posłuszeństwa dzień wcześniej.

Pierwszy dzień jazdy w Mongolii wspominam dość ciężko. Krajobrazy księżycowe, ciekawe, owce, skośni ludzie uśmiechający się a za plecami jakby trzymający kindżał. Tego dnia chyba zaliczyłem swoich pierwszych 5 wywrotek na motocyklu w trudnym terenie. Wszystkie na szczęście w prędkości manewrującej. Jak zawsze przednie koło uciekło a miało gdzie uciekać i na czym.

Mongolia dzień pierwszy.

Tankowanie w Tsagaannuur uzmysłowiło z czym będziemy mieli do czynienia w Mongolii, kantowanie na zaokrągleniach, wmawianie innych wartości przeliczników, udawanie głupa i nie rozumienie po angielsku (to akurat można uwierzyć) zaczynało się powoli pojawiać. Jednakże kalkulator w ręce i matematyka jako język uniwersalny dawał radę. Nie byliśmy łatwi i chyba bardzo nas nie nacięli. Waluta Mongolska posiada dość wiele zer. Dla ludzi z krajów gdzie inflacji dawno nie było miliony wydają się fortuną ale tutaj nie starczyć mogą na waciki.

Na nocleg, zasłużony nocleg zatrzymaliśmy się nad jeziorem Uureg Nuur. Był tam kemping z bardzo dobrej jakości jurtami stołówką i bez prądu. Ale za to z jednej strony miał piękny widok na jezioro a z drugiej strony kempingu był wychodek z widokiem na dolinę i góry w oddali. Też wspaniały widok pomijając stada much.

Widok na zachód słońca nad jeziorem Uureg nuur oraz nasze noclegi.

Dzień drugi zaczął się całkiem przyjemnie od słońca, śniadania wspólnego w stołówce i wyjazdu w trasę. Potworzyły się już grupki które dobierały się pod względem stylu jazdy, prędkości i wrażeń oczekiwanych. Ja starałem się jechać w środku tak aby nie za bardzo pędzić i aby nie za bardzo być w tyle. Na ten dzień było zaplanowano 320 km które udało się zrobić ale okazało się że było ciężej niż dnia poprzedniego.

Trasa zrobiona w dniu drugim. Przynajmniej wg mapy na dzień 2019. Drogi w Mongolii się zmieniają co deszcz.

Tego dnia po drodze miałem odwiedzić pierwsze większe miasto Mongolskie. Większe tak tylko z nazwy było ale przy ludności na poziomie 5 milionów ludzi na powierzchni europy to i tak było duże. Miastem tym było Ulaangum. Już na 50 km przed miastem był asfalt. I tylko na 1 km za miastem :). W mieście zjadłem całkiem pyszne jedzenie i obściskałem się z kucharkami i kelnerkami. Na parkingu przed restauracją zaczepił mnie lokalny dość starszy mongoł jak się okazało nauczyciel i spytał po angielsku/rosyjsku skąd jesteśmy. Coś tam powiedział o Wałęsie i uśmiechnął się. Ogólnie miasto żyło i nie było senne. Widać, że jest skupiskiem kulturalnym okolicy stolycą Ajmaku.

Po objedzie wyruszyłem na południe aby objechać most którego miało nie być. FInalnie okazało się że most był nowo wybudowany i nie trzeba było nadrabiać 50km aby przejechać rzekę innym mostem. Ale, no cóż to są właśnie przygody. Jechałem razem z kolegą i staraliśmy się trzymać razem gdyż wjeżdżaliśmy na obszar dość słabo zaludniony. Co około 50km była jakaś miejscowość czytaj stacja paliw. Temperatura sięgała 38 stopni. Drogi na tym pustkowiu rozgałęziały się, łączyły ginęły. Często wskazania GPS mówiły że jedzie się równolegle do drogi która miała być około kilometra na lewo. Gdy starało się do niej dojechać okazywało się że drogi już to nie było. Ostatnie deszcze ją „zatopiły” dlatego lokalni Mongołowie zrobili nową drogę. Droga to złe ujęcie tej ścieżki lub kolein po bezkresie wysuszonego stepu.

Dziś koleiny prowadzą tutaj ale za miesiąc mogą prowadzić sto, dwieście metrów obok.

Droga się dłużyła, odwiedzane miasteczka dostarczały nam paliwa oraz jakiś lokalnych przysmaków. W koło sklepików gromadzili się smakosze lokalnych trunków komentujący motocykle i zaczepiający nas chcąc naciągnąć na flaszkę za odprawienie czarów szamańskich. Gdy delikatnie mówiłeś nie zaczynały się obelgi…tak, tak Mongolia to piękny, surowy kraj ale pełny niedopitych alkoholików smakujących wódkę Dzingis Han i rozpamiętujących dawne, dawne dzieje gdy władali połową znanego świata…to trochę jak z Polską od morza do morza…

Pamiętam, że zgubiliśmy się, a stało się to tak niewinnie. Najpierw GPS mówił, że nasza droga jest o 10 m po lewej stronie od drogi, którą jedziemy. No niby nic, zapewne zaraz się złączy z naszą. Wiele ścieżek się rozgałęziało, aby potem się złączyć. Widocznie po drodze była kałuża, którą trzeba było objechać, aby potem się złączyć z główniejszą drogą. Po Paru kilometrach ta odchyłka zwiększyła się jednak do 1 km. Potem już przestaliśmy reagować i tak stało się nagle 10 km. Przejechaliśmy tak z 40 km równolegle do naszego wytyczonego szlaku i stwierdziliśmy, że, albo wracamy, aby poszukać przeoczonego rozgałęzienia, albo tniemy w lewo przez step. Nie chciało nam się wracać, więc przycięliśmy przez step. I to była dobra decyzja, gdyż po około 20 minutach dojechaliśmy do takiej samej ścieżki jaką przed chwilą podążaliśmy.

W okolicach 15-17 dojechaliśmy pojedynczo lub grupkami do miejscowości Turuun, zrobiłem tam zakupy, zatankowałem nie bez próby okantowania mnie na wskazaniu (zawsze kantowali na stacjach, a to wydając za mało a to mówiąc, że inne wskazanie było, a to że pomylili się w liczeniu). Zjadłem tam też, po raz pierwszy lody z mleka koziego zakupione w lokalnym GSPie. Okropieństwo, mimo, że dzieci w koło się nimi zajadały. Smakowały … mlekiem kozim. Mimo że mleko kozie towarzyszyło mi w dzieciństwie i je lubiłem to lodów nie tknąłem….oddałem koledze :). Po takiej aprowizacji i grupowej naprawie stacyjki w KTMie (złamany klucz) wyjechaliśmy za miasto szukać jeziora z noclegiem. Po paru km na płd od miasteczka znaleźli my wspaniałe miejsce osłonięte od oczu gapiów gdzie rozbiliśmy obóz. I znów było ognisko, tańce pijaństwo i swawole, nagie kąpiele w jeziorze…a finalnie chrapanie.

A rano….a rano obudziły nas krowy i nie był wyjątek.

Nocleg.